Zamierzałam opublikować kolejnego posta dopiero po zakończeniu sesji poprawkowej, ale że blog cieszy się coraz większym zainteresowaniem i mam o czym pisać, ponieważ sami podrzucacie mi tematy, to zdecydowałam się jednak napisać już teraz :) A co tam, nauka nie zając, nie ucieknie :P Gorzej jak możliwość poprawy mi ucieknie, ale miejmy nadzieję, że o to akurat martwić się nie będę musiała.
Na początek kilka słów o stosunku uczelni i szpitala do studenta położnictwa. Jak to często w życiu bywa są wśród nas równi i równiejsi, a my nie mamy na to większego wpływu. Przykład podany w jednym z komentarzy pod poprzednią notką niestety się sprawdza. Obcokrajowcom studiującym w Polsce przysługują pewne przywileje, które zdecydowanie ułatwiają im tutejszą naukę. Przede wszystkim od nich nie wymaga się tyle co od Polaków. U mnie na roku nie ma akurat żadnego obcokrajowca, więc nie mogę tak zupełnie z własnego doświadczenia się na ten temat wypowiedzieć, ale słyszałam np. z opowieści moich koleżanek o Turku, który studiował z nimi na roku i nawet nie umiał się dobrze porozumieć ani po polsku ani po angielsku, ale jakoś wszystko zaliczał. Podobnie ma się sprawa jeśli chodzi o przydział miejsca w akademiku - w pierwszej kolejności brani są pod uwagę obcokrajowcy, to oni dostają lepszy akademik i lepszy pokój. Jest też coś takiego, że studenci medycyny przewyższają studentów innych kierunków. U nas szczególnie odbija się to na planie zajęć, który układany jest pod kierunek lekarski, w rezultacie czego my mamy zajęcia o najbardziej nieprzyzwoitych godzinach, jak np. w piątek do 21, bo po prostu jesteśmy wciskani w te wolne godziny, które pozostaną. W szpitalu szczerze mówiąc nie zauważyłam jakiegoś szczególnego podziału na "klasy", bardziej jest on tworzony przez samych studentów. Inną sprawą jest to, że nie każdy szpital, nie każdy lekarz, nie każda położna, jak też nie każdy pacjent jest przychylnie nastawiony do studenta, ale to już raczej sprawa indywidualna danej osoby.
Otrzymałam też pytania dotyczące pierwszego porodu, w którym brałam udział. Ja akurat miałam okazję dosyć szybko przekonać się na żywo jak to wszystko tak naprawdę wygląda, bo już w pierwszym semestrze, bodajże w grudniu, ale niektórzy musieli na to poczekać dopiero do praktyk wakacyjnych. No nie ukrywam, że było to dla mnie ogromnym przeżyciem i na pewno pozostanie w mojej pamięci jako coś niesamowitego. Byłam przerażona, bo zostawili mnie samą w sali z rodzącą, której skurcze z minuty na minutę się nasilały i miałam jej pilnować, a w razie potrzeby wołać położną. Serce waliło mi jak oszalałe, bo nie dość, że pierwszy raz byłam w takiej sytuacji, to jeszcze zdawałam sobie sprawę z tego, że moja wiedza na temat porodu w tamtym czasie była naprawdę znikoma i kompletnie nie wiedziałabym co robić gdyby nagle coś nieprzewidzianego zaczęło się dziać. No stresu co nie miara, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Położna przyszła na czas, dzieciątko urodziło się zdrowe, rodzice szczęśliwi, a mój stan emocjonalny powoli wrócił do normy. Teraz każdy kolejny poród też jest dla mnie przeżyciem, ale na pewno trochę mniejszym, bo przynajmniej wiem już czego mogę się spodziewać, a i moja wiedza jest na nieco wyższym poziomie. Mnie akurat praktyki na porodówce nie zniechęciły, dały jedynie do zrozumienia jak wielką odpowiedzialnością obarczona jest położna, ale na pewno są osoby, które po tego typu wydarzeniach rezygnują z kształcenia się w tym kierunku. U mnie na roku jakieś dziewczyny zrezygnowały po pierwszym dniu praktyk, z tym że one chyba akurat nie miały ich na porodówce. Być może doszły do wniosku, że po prostu do pracy w szpitalu się nie nadają albo nie wytrzymały psychicznie jakichś uwag naszych asystentek... nie wiem czym było to spowodowane.
No i to by chyba na dzisiaj było tyle, mam nadzieję, że niczego istotnego nie pominęłam ;)
W najbliższym czasie skupiam się przede wszystkim na egzaminach, także w przyszłym tygodniu raczej się nie odezwę. Jakby się komuś nudziło to może za mnie potrzymać kciuki, a i modlitwa też nie zaszkodzi. Wyjścia są dwa - albo następnego posta napiszę jako jeszcze studentka albo jako już nie studentka, tak więc każdy rodzaj wsparcia mi się przyda.
Pozdrawiam.
sobota, 1 września 2012
niedziela, 26 sierpnia 2012
Położnictwo rok pierwszy.
Witajcie! Pojawiły się pierwsze komentarze na blogu, więc jak już wiem, że ktoś tutaj zagląda to postaram się coś czasem napisać ;) Dostałam kilka pytań odnośnie studiów, także już się biorę za odpowiadanie na nie.
Czy chciałam iść na medycynę? Nie, a przynajmniej nigdy tak na poważnie o tym nie myślałam. Jakieś tam myśli o tym krążyły mi po głowie w dzieciństwie, a nawet podczas sesji zimowej po pierwszym semestrze położnictwa, kiedy to zdałam sobie sprawę, że niejednokrotnie wymagają od nas tego samego co od kierunku lekarskiego i wcale tutaj nie jest tak łatwo i przyjemnie, ale to było tylko takie chwilowe, bo w rzeczywistości nie wyobrażam sobie siebie na medycynie. Nie mogę też powiedzieć, że położnictwo było moim marzeniem od zawsze, bo nie było, pomysł ten zrodził mi się dopiero w szkole średniej. Mimo wszystko nie żałuję swojego wyboru i w tej chwili gdzie indziej siebie nie widzę ;)
Co do przedmiotów... Nie wiem tak dokładnie jakie są na I roku lekarskiego, ale wiem, że jest ich mniej niż na położnictwie i również godzinowo my mamy zdecydowanie większy natłok zajęć. Na lekarskim pierwszy rok to głównie anatomia, z której na medycynie rzeczywiście dużo wymagają. Więcej niż od nas, bo my chociażby nie mamy szpilek, zaliczenie jest tylko z teorii, mimo że zajęcia w prosektorium na zwłokach czy poszczególnych narządach mamy i też łacinę wystarczy, że tylko tak pobieżnie umiemy. Bochenek raczej potrzebny nam nie jest, ja go nigdy nawet w swoich rękach nie miałam. W każdym razie na początku i tak byłam trochę zaskoczona tym, że wymagają od nas tak dużo, bo tak naprawdę musimy mieć wiedzę z wszystkich działów anatomii na podobnym poziomie. Tymczasem mi się wydawało, że głównie będą się u nas skupiać na budowie narządów rodnych kobiety, a pozostałe działy omówią tylko tak pobieżnie. Otóż nie, z tego co pamiętam z układu rozrodczego żeńskiego mieliśmy tylko jedne ćwiczenia, a poza tym prawie cały drugi semestr to była neuroanatomia. Chyba jedyne co mieliśmy dodatkowo tak w naszym kierunku to były jedne ćwiczenia dotyczące budowy miednicy. Jeśli chodzi o inne przedmioty, to też każda uczelnia ma pewnie trochę inaczej to ustalone, z resztą nawet rocznik, który teraz będzie zaczynał będzie miał na pierwszym roku trochę inne przedmioty niż ja miałam. W każdym razie u mnie wyglądało to tak, że poza anatomią miałam jeszcze fizjologię, biochemię, biofizykę, genetykę, embriologię, parazytologię, farmakologię, mikrobiologię, patofizjologię, badania fizykalne, promocję zdrowia, filozofię i etykę zawodu położnej, psychologię, socjologię, pedagogikę, które po pierwszym czy drugim semestrze się skończyły, a kontynuowane będą jeszcze podstawy opieki położniczej oraz techniki położnicze i prowadzenie porodu, czyli nasze typowo kierunkowe przedmioty. Jak tak wymieniłam te wszystkie przedmioty, to dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego ile już za mną, przez ile przedmiotów przebrnęłam... :o Szok.
Było jeszcze pytanie dotyczące nauki i nie ukrywam, że jest jej dużo. Oczywiście z jednych przedmiotów wymagają od nas więcej z innych mniej, a i zależy też na jakiego asystenta się trafi, ale bez nauki raczej pomyślnie ukończyć tych studiów się nie da. Niestety tutaj trzeba się wykazać wiedzą. Czasem jest bardzo ciężko i przychodzą chwile załamania, szczególnie jak się przygotowuje do jakiegoś zaliczenia, naprawdę się uczy, a ostatecznie wcale to nie owocuje i dostaje się 2. Ale też chodzi o to żeby się tymi porażkami nie zniechęcać i walczyć do końca, bo na pewno nie są to studia, których nie da się ukończyć. Tym co zdecydowanie utrudnia tutaj dobre przygotowanie się do wejściówek, kolokwiów, egzaminów jest czas wolny, który na tych studiach jest bardzo ograniczony. Mi osobiście zdarzało się, że wychodziłam z domu na zajęcia o 6:30, a wracałam po 20, jadłam kolację, brałam kąpiel i siadałam do książek, notatek, bo na następny dzień czekało mnie jakieś zaliczenie, czasem nawet kilka. Tym sposobem siedziałam do ok. 1 w nocy, a następnego dnia znowu przed 6 pobudka i jazda na zajęcia. Niekiedy to normalnie czuje się na tych studiach jak na jakimś maratonie. Poza tym rozmawiałam na praktykach z pewną lekarką, która mówiła, że najpierw zrobiła magisterkę z położnictwa, a później poszła na lekarski i jej zdaniem na położnictwie miała więcej nauki. Nie wiem ile w tym prawdy, ale zdecydowanie na położnictwie jest większy natłok zajęć. Kiedyś nawet tak z ciekawości sobie obliczyłam, że do ilości godzin, które my w sumie musimy przerobić w ciągu trzech lat na lekarskim dochodzą dopiero na piątym roku.
Tak się rozpisałam, że nie wiem czy komukolwiek będzie chciało się to wszystko czytać :D Ale mam nadzieję, że chociaż w jakimś stopniu rozwikłałam pewne niejasności.
Tymczasem... Trzeba się wziąć w końcu do roboty, bo egzaminy wielkimi krokami się zbliżają, a ja wciąż daleko w polu i stale wymyślałam sobie jakieś zajęcie żeby tylko przypadkiem za bardzo się tą nauką nie przemęczyć :P
Czy chciałam iść na medycynę? Nie, a przynajmniej nigdy tak na poważnie o tym nie myślałam. Jakieś tam myśli o tym krążyły mi po głowie w dzieciństwie, a nawet podczas sesji zimowej po pierwszym semestrze położnictwa, kiedy to zdałam sobie sprawę, że niejednokrotnie wymagają od nas tego samego co od kierunku lekarskiego i wcale tutaj nie jest tak łatwo i przyjemnie, ale to było tylko takie chwilowe, bo w rzeczywistości nie wyobrażam sobie siebie na medycynie. Nie mogę też powiedzieć, że położnictwo było moim marzeniem od zawsze, bo nie było, pomysł ten zrodził mi się dopiero w szkole średniej. Mimo wszystko nie żałuję swojego wyboru i w tej chwili gdzie indziej siebie nie widzę ;)
Co do przedmiotów... Nie wiem tak dokładnie jakie są na I roku lekarskiego, ale wiem, że jest ich mniej niż na położnictwie i również godzinowo my mamy zdecydowanie większy natłok zajęć. Na lekarskim pierwszy rok to głównie anatomia, z której na medycynie rzeczywiście dużo wymagają. Więcej niż od nas, bo my chociażby nie mamy szpilek, zaliczenie jest tylko z teorii, mimo że zajęcia w prosektorium na zwłokach czy poszczególnych narządach mamy i też łacinę wystarczy, że tylko tak pobieżnie umiemy. Bochenek raczej potrzebny nam nie jest, ja go nigdy nawet w swoich rękach nie miałam. W każdym razie na początku i tak byłam trochę zaskoczona tym, że wymagają od nas tak dużo, bo tak naprawdę musimy mieć wiedzę z wszystkich działów anatomii na podobnym poziomie. Tymczasem mi się wydawało, że głównie będą się u nas skupiać na budowie narządów rodnych kobiety, a pozostałe działy omówią tylko tak pobieżnie. Otóż nie, z tego co pamiętam z układu rozrodczego żeńskiego mieliśmy tylko jedne ćwiczenia, a poza tym prawie cały drugi semestr to była neuroanatomia. Chyba jedyne co mieliśmy dodatkowo tak w naszym kierunku to były jedne ćwiczenia dotyczące budowy miednicy. Jeśli chodzi o inne przedmioty, to też każda uczelnia ma pewnie trochę inaczej to ustalone, z resztą nawet rocznik, który teraz będzie zaczynał będzie miał na pierwszym roku trochę inne przedmioty niż ja miałam. W każdym razie u mnie wyglądało to tak, że poza anatomią miałam jeszcze fizjologię, biochemię, biofizykę, genetykę, embriologię, parazytologię, farmakologię, mikrobiologię, patofizjologię, badania fizykalne, promocję zdrowia, filozofię i etykę zawodu położnej, psychologię, socjologię, pedagogikę, które po pierwszym czy drugim semestrze się skończyły, a kontynuowane będą jeszcze podstawy opieki położniczej oraz techniki położnicze i prowadzenie porodu, czyli nasze typowo kierunkowe przedmioty. Jak tak wymieniłam te wszystkie przedmioty, to dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego ile już za mną, przez ile przedmiotów przebrnęłam... :o Szok.
Było jeszcze pytanie dotyczące nauki i nie ukrywam, że jest jej dużo. Oczywiście z jednych przedmiotów wymagają od nas więcej z innych mniej, a i zależy też na jakiego asystenta się trafi, ale bez nauki raczej pomyślnie ukończyć tych studiów się nie da. Niestety tutaj trzeba się wykazać wiedzą. Czasem jest bardzo ciężko i przychodzą chwile załamania, szczególnie jak się przygotowuje do jakiegoś zaliczenia, naprawdę się uczy, a ostatecznie wcale to nie owocuje i dostaje się 2. Ale też chodzi o to żeby się tymi porażkami nie zniechęcać i walczyć do końca, bo na pewno nie są to studia, których nie da się ukończyć. Tym co zdecydowanie utrudnia tutaj dobre przygotowanie się do wejściówek, kolokwiów, egzaminów jest czas wolny, który na tych studiach jest bardzo ograniczony. Mi osobiście zdarzało się, że wychodziłam z domu na zajęcia o 6:30, a wracałam po 20, jadłam kolację, brałam kąpiel i siadałam do książek, notatek, bo na następny dzień czekało mnie jakieś zaliczenie, czasem nawet kilka. Tym sposobem siedziałam do ok. 1 w nocy, a następnego dnia znowu przed 6 pobudka i jazda na zajęcia. Niekiedy to normalnie czuje się na tych studiach jak na jakimś maratonie. Poza tym rozmawiałam na praktykach z pewną lekarką, która mówiła, że najpierw zrobiła magisterkę z położnictwa, a później poszła na lekarski i jej zdaniem na położnictwie miała więcej nauki. Nie wiem ile w tym prawdy, ale zdecydowanie na położnictwie jest większy natłok zajęć. Kiedyś nawet tak z ciekawości sobie obliczyłam, że do ilości godzin, które my w sumie musimy przerobić w ciągu trzech lat na lekarskim dochodzą dopiero na piątym roku.
Tak się rozpisałam, że nie wiem czy komukolwiek będzie chciało się to wszystko czytać :D Ale mam nadzieję, że chociaż w jakimś stopniu rozwikłałam pewne niejasności.
Tymczasem... Trzeba się wziąć w końcu do roboty, bo egzaminy wielkimi krokami się zbliżają, a ja wciąż daleko w polu i stale wymyślałam sobie jakieś zajęcie żeby tylko przypadkiem za bardzo się tą nauką nie przemęczyć :P
środa, 25 lipca 2012
Powrót.
Tak, czas się w końcu odezwać. Jak pisałam w miarę regularnie, tak w pewnym momencie coś się posypało i ciężko mi było do tej regularności powrócić. Z drugiej strony nie wiem czy ktoś tu w ogóle zagląda, więc może nic takiego się nie stało? W każdym razie jestem, żyję, póki co dalej studiuję i postaram się chociaż co jakiś czas coś tutaj nabazgrać. Może akurat kogoś to zainteresuje ;)
Zajęcia w drugim semestrze dobiegły końca, sesja również i w ciągu ostatnich czterech tygodni skupiona byłam na praktykach zawodowych. Spędziłam 5 dni na Oddziale Położniczym, 11 na Patologii Ciąży i 4 na Sali Porodowej. Trochę żałuję, że nie omawiałam ich tutaj na bieżąco, bo teraz nie jestem w stanie odzwierciedlić tego co tak dokładniej się tam działo. A działo się sporo. Ogółem jestem z tych praktyk zadowolona. Położne na dosyć dużo mi pozwalały i miałam okazję sprawdzić swoje umiejętności w czynnościach, których nigdy wcześniej nie robiłam. M.in. w kilka dni stałam się specem od robienia lewatywy :D Po raz pierwszy mogłam też odciąć pępowinę, chociaż nie ukrywam, że miałam problemy z zapięciem klamerki i później ambitnie trenowałam jej zapinanie na kawałku papieru albo już odciętej razem z łożyskiem części pępowiny. W końcu trening czyni mistrza ;p Poza tym wprawiłam się w wykonywaniu iniekcji domięśniowych i muszę przyznać, że jednak chyba podczas wyboru miejsca wkłucia wolę korzystać z metody kwadrantów (tak jak to robią inne położne) niż von Hochstettera czy Sachtlebena. Niestety na uczelni nie pozwalają nam z tej pierwszej metody korzystać, bo podobno nie jest zbyt precyzyjna i łatwiej o jakieś powikłania, więc pozostaje mi tylko podszkolić się w dwóch pozostałych. Swoją drogą to czego uczą nas na studiach w wielu kwestiach mija się ze szpitalną rzeczywistością i pewnie jakby nasze nauczycielki zobaczyły jak ja czasem na tych praktykach postępowałam (a było to zgodne z funkcjonowaniem danego oddziału), to by mnie zjechały po całej linii i krótko mówiąc miałabym u nich przechlapane. No ale jak to się mówi "co kraj to obyczaj" i tak też każdy szpital czy też nawet oddział rządzi się swoimi prawami, a nam biednym studentom nie pozostaje nic innego jak tylko umieć dostosować się danego miejsca i sytuacji. Tym co mnie podczas całych tych praktyk najbardziej zaskoczyło był chyba fakt, że na koniec oddziałowa przed podpisaniem mi dzienniczka postanowiła sprawdzić moją wiedzę teoretyczną i pytała mnie nie z tego czego się w tym szpitalu w praktyce nauczyłam, ale z tego co miałam kiedyś tam na wykładach czy też ćwiczeniach albo w ogóle tego nie miałam. A pragnę zaznaczyć, że nie robiłam tych praktyk w szpitalu uniwersyteckim czy akademickim. Niby dobrze, bo nie dostałam tego zaliczenia za nic, ale z drugiej strony mogła mnie chociaż ostrzec i powiedzieć z czego powinnam się przygotować, na pewno ciut lepiej bym się wtedy wykazała. No ale ważne, że chociaż na część pytań umiałam odpowiedzieć i mam już te praktyki z głowy. Teraz trochę odpoczynku, a od połowy sierpnia intensywna nauka, ponieważ niestety sesja poprawkowa mnie nie ominie i nie mogę jeszcze powiedzieć, że ten drugi semestr się dla mnie zakończył. On wciąż trwa.
Jakby ktoś miał do mnie jakieś pytania odnośnie studiów, to śmiało proszę pisać. Jeśli tylko będę potrafiła, to chętnie odpowiem :)
Zajęcia w drugim semestrze dobiegły końca, sesja również i w ciągu ostatnich czterech tygodni skupiona byłam na praktykach zawodowych. Spędziłam 5 dni na Oddziale Położniczym, 11 na Patologii Ciąży i 4 na Sali Porodowej. Trochę żałuję, że nie omawiałam ich tutaj na bieżąco, bo teraz nie jestem w stanie odzwierciedlić tego co tak dokładniej się tam działo. A działo się sporo. Ogółem jestem z tych praktyk zadowolona. Położne na dosyć dużo mi pozwalały i miałam okazję sprawdzić swoje umiejętności w czynnościach, których nigdy wcześniej nie robiłam. M.in. w kilka dni stałam się specem od robienia lewatywy :D Po raz pierwszy mogłam też odciąć pępowinę, chociaż nie ukrywam, że miałam problemy z zapięciem klamerki i później ambitnie trenowałam jej zapinanie na kawałku papieru albo już odciętej razem z łożyskiem części pępowiny. W końcu trening czyni mistrza ;p Poza tym wprawiłam się w wykonywaniu iniekcji domięśniowych i muszę przyznać, że jednak chyba podczas wyboru miejsca wkłucia wolę korzystać z metody kwadrantów (tak jak to robią inne położne) niż von Hochstettera czy Sachtlebena. Niestety na uczelni nie pozwalają nam z tej pierwszej metody korzystać, bo podobno nie jest zbyt precyzyjna i łatwiej o jakieś powikłania, więc pozostaje mi tylko podszkolić się w dwóch pozostałych. Swoją drogą to czego uczą nas na studiach w wielu kwestiach mija się ze szpitalną rzeczywistością i pewnie jakby nasze nauczycielki zobaczyły jak ja czasem na tych praktykach postępowałam (a było to zgodne z funkcjonowaniem danego oddziału), to by mnie zjechały po całej linii i krótko mówiąc miałabym u nich przechlapane. No ale jak to się mówi "co kraj to obyczaj" i tak też każdy szpital czy też nawet oddział rządzi się swoimi prawami, a nam biednym studentom nie pozostaje nic innego jak tylko umieć dostosować się danego miejsca i sytuacji. Tym co mnie podczas całych tych praktyk najbardziej zaskoczyło był chyba fakt, że na koniec oddziałowa przed podpisaniem mi dzienniczka postanowiła sprawdzić moją wiedzę teoretyczną i pytała mnie nie z tego czego się w tym szpitalu w praktyce nauczyłam, ale z tego co miałam kiedyś tam na wykładach czy też ćwiczeniach albo w ogóle tego nie miałam. A pragnę zaznaczyć, że nie robiłam tych praktyk w szpitalu uniwersyteckim czy akademickim. Niby dobrze, bo nie dostałam tego zaliczenia za nic, ale z drugiej strony mogła mnie chociaż ostrzec i powiedzieć z czego powinnam się przygotować, na pewno ciut lepiej bym się wtedy wykazała. No ale ważne, że chociaż na część pytań umiałam odpowiedzieć i mam już te praktyki z głowy. Teraz trochę odpoczynku, a od połowy sierpnia intensywna nauka, ponieważ niestety sesja poprawkowa mnie nie ominie i nie mogę jeszcze powiedzieć, że ten drugi semestr się dla mnie zakończył. On wciąż trwa.
Jakby ktoś miał do mnie jakieś pytania odnośnie studiów, to śmiało proszę pisać. Jeśli tylko będę potrafiła, to chętnie odpowiem :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)